Władysław Brejta

Historia konia polskiego

Nie byłoby Wiktorii pod Wiedniem i wielu wspaniałych zwycięstw oręża polskiego, gdyby nie polskie konie. Koń w historii odgrywał bardzo duże znaczenie. Człowiek od najdawniejszych czasów doceniał jego siłę, inteligencję, jego przydatność nie tylko w boju, ale również w codziennym życiu.

Hodowla koni najlepiej rozwinęła się na kresach południowo-wschodnich, gdzie panowały wręcz idealne warunki podobne do warunków puszty węgierskiej. Zamiłowanie Polaków do koni i do ich hodowli było powszechnie znane, a na Rusi istniało przysłowie: „Lach bez konia jak ciało bez duszy, jak Żyd bez kozy, jak diak bez psałterki, a gospodarstwo bez kota na zapiecku". Hodowano przede wszystkim konie pod wierzch, a do uprawy roli i transportu używano przeważnie wołów.

Mimo powszechnej hodowli nie było specjalnej polskiej rasy, a największy wpływ na polska hodowlę wywierała krew wschodnia, były to konie anatolijskie, perskie, turkmeńskie, kurdyjskie, krymskie, kaukaskie i arabskie. W Polsce znane było powiedzenie, że najlepsze są: „Koń Turek, Chłop Mazurek, Czapka Magierka, Szabla Węgierka". Na kresach południowo-wschodnich konie cały czas przebywały w naturalnym środowisku. Do klaczy przydzielano ogiera wyselekcjonowanego w naturalny sposób, tzn. takiego, który przeżył wiele wojen i zachował dobre zdrowie i kondycję. Ze względu na toczone wojny zapotrzebowanie na konie bojowe było duże. W czasie każdej bitwy ubytek koni był znaczny, zazwyczaj dużo większy niż jeźdźców. W bitwie pod Kircholmem z 300 koni, które brały udział w pierwszym uderzeniu przeżyło tylko około 150. Wyhodowanie dobrego konia bojowego nie było rzeczą łatwą. Był to proces dość długi. Ze względu na dolew krwi wschodniej konie dojrzewały późno. Na wojnę trafiały w wieku około 7 lat, gdy były w pełni dojrzałe, odpowiednio ujeżdżone i przyzwyczajone do pracy w linii. To późniejsze użytkowanie owocowało siłą i wytrzymałością. Konie bojowe, a w szczególności husarskie były drogie, o ile za konia przeciętnego płacono 100 zł za husarskiego trzeba było zapłacić około 200 zł, a zdarzały się sztuki nawet po 1500 zł i te kupowali najzamożniejsi. O jakości koni używanych przez polską jazdę świadczą najlepiej słowa szwedzkiego wodza Arvida Wittenberga: „Wytrzymajcie Polaków natarcie w jak najgęstszym szyku, albowiem luźni ich natarcia nie wytrzymacie. Niechaj zaś żaden z was w ucieczce ratunku nie szukam albowiem nic nie jest w stanie ujść przed nadzwyczajną koni polskich rączością i wytrzymałością".
Konie husarskie musiały być nieco cięższe i roślejsze niż te dla lekkiej jazdy. Przyjmuje się, że koń taki powinien ważyć niewiele ponad 500 kg i musiał być zwrotny i szybki pod husarzem ważącym brutto około 100 kg.

Całe życie polskiego szlachcica - nie tylko rycerza - związane było z koniem. Koń był towarzyszem broni, powodem do dumy, obiektem rozmów.
Kawaleria dominowała na zachodnio-europejskich polach bitew do XVII wieku, a na wschodzie aż do wojny w 1920 roku. W armii brytyjskiej ostatnia szarża miała miejsce w 1898 roku podczas wojny w Sudanie. Szarżował 21 pułk lansjerów, w którym służył Winston Churchil. W czasie l wojny światowej zachodnie państwa Entanty rezygnują z wprowadzania konnicy do boju, natomiast konni żołnierze doskonale sprawdzali się na Bałkanach, na Bliskim Wschodzie i na Wschodzie Europy. Po l wojnie światowej kawaleria istniała nadal we wszystkich europejskich armiach - choć często jaka gwardia honorowa.

W Polsce, gdzie w wojnie w 1920 roku ułani udowodnili swoją wyjątkową przydatność, odnosząc wspaniałe zwycięstwo nad konarmiami Budionnego i Izaaka Babla, kawaleria przetrwała o wiele dłużej. Nasz ułan w odróżnieniu od zachodnioeuropejskiego to zazwyczaj prosty chłop, który z koniem miał do czynienia na co dzień. Przed II wojna światową istniało w Polsce 13 brygad kawalerii, a wśród dowódców panował przesadny pogląd o jej możliwościach bojowych.
Z rycerstwem i kawalerią nierozerwalnie związane były turnieje i zawody konne. Pierwsze polskie osiągnięcie sportowe to zwycięstwo Zawiszy Czarnego w 1417 roku nad rzekomo niepokonanym Janem Aragońskim i to przed jego własnym dworem w Hiszpanii. W 1603 roku ukazał się pierwszy podręcznik jazdy konnej autorstwa Krzysztofa Dorohostajskiego. W 1817 roku na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie wprowadzono wychowanie fizyczne obejmujące również jazdę konną. W roku 1880 odbyły się pierwsze konkursy w Warszawie na terenie wystawy zwierząt. W 1901 roku Towarzystwo Wyścigów organizuje pierwsze Centralne Zawody Konne. ,W 1920 roku rozpoczęła swą działalność Centralna Szkołą Jazdy przemianowana później na Centrum Wyszkolenia Kawalerii - kuźnia kadr dla wojska, ale również kuźnia kadr olimpijczyków. Najsłynniejsze postacie tego okresu to: Karol Rómmel, Sergiusz Zahorski, Dymitr Ekse, Leon Koń, Adam Królikiewicz, Jan Kossak, Józef Trenkwald czy kpt. Jan Mickanas.

W 1939 roku Polska ze swoim pogłowiem koni liczącym 4 miliony sztuk zajmowała piąte miejsce w świecie. II wojna światowa spowodowała ogromne straty, pogłowie koni zmniejszyło się prawie dwukrotnie. W pierwszych latach powojennych głównym celem hodowli było zwiększenie stanu pogłowia koni przede wszystkim dla zaspokojenia potrzeb rolnictwa i transportu. Maksymalny stan pogłowia koni w okresie powojennym Polska osiągnęła w latach 1950-1960 i było to około 2,8 min sztuk. Do lat 80. spadek pogłowia był powolny, po tym okresie nastąpił bardzo szybki spadek i dziś w kraju mamy około 350 tyś. koni. O koniach sportowych, o koniach używanych w bitwach możemy przeczytać ogromne dzieła, o chłopskich koniach roboczych, które w okresie powo¬jennym stanowiły gro ówczesnego pogłowia niewiele pisano, mówiono raczej źle, ale z tymi końmi jest tak jak z kobietami - matkami, o nich niewiele się mówi, niewiele się pisze. Ich codziennego trudu nikt nie traktuje w kategoriach bohaterstwa, a jest to bohaterstwo dnia codziennego i bez niego nie byłoby wielkich osiągnięć. Tak jest i z końmi roboczymi, które w latach powojennych wykonały ogromną, trudną do oszacowania pracę, bez której rozwój kraju byłby niemożliwy. Posiadanie konia stwarzała gospodarstwo niezależnym od najemnej siły pociągowej, często decydowało o jego bycie.
Na skutek przekształceń w rolnictwie i transporcie rezygnowano z końskiej siły pociągowej. Konia roboczego zaczął zastępować typ wierzchowy, albo przestawał być on w ogóle potrzebny. Na szczęście mamy za sobą okres kiedy koń kojarzony był z zacofaniem i biedą, niestety nie mamy żadnej polityki pro końskiej. Dla kolejnych ekip w Ministerstwie Rolnictwa konie były i są nic nie znaczącym marginalnym gatunkiem, traktowanym bardziej hobbystycznie niż jako gatunek, który może mieć gospodarcze znaczenie, a takie znaczenie w wielu wysokorozwiniętych krajach ma. Kiedy u nas pogłowie koni gwałtownie spadało w Niemczech w przeciągu trzech dziesięcioleci potroiło się osiągając 1,1 min sztuk, w Anglii się podwoiło osiągając 1,3 min sztuk. W USA klientami przemysłu końskiego jest ponad 7 min osób, przemysł ten zatrudnia 1,4 min ludzi.
Szacuje się, że konno jeździ około 95 tyś. Polaków, a w przemyśle końskim zatrudnionych jest około 42 tyś. ludzi. To niewiele w porównaniu z Francją czy Niemcami gdzie konno jeździ około 1 min osób, czy Anglią gdzie jeżdżących jest ponad 4,3 min osób, a w przemyśle tym pracuje ponad 250 tyś. osób. Czy w Polsce może być podobnie? Tak może być jeżeli koń przestanie być traktowany jako gatunek marginalny. Społeczne organizacje hodowlane nie są w stanie same wypromować i upowszechnić pewnego zdrowego stylu życia, w którym będzie miejsce na konia. Na ogromnych obszarach trwałych użytków zielonych zwłaszcza w Polsce południowej i wschodniej nie ma ani jednego zwierzęcia, a dopłaty do tych bezzwierzęcych łąk i pastwisk, często nawet nie wykoszonych, to setki milionów złotych, a może nawet ponad miliard złotych. W tym samym czasie Polski nie stać na to aby wysupłać kilka milionów złotych na uratowanie kilku stad ogierów tak ważnych dla krajowej hodowli koni oraz kultury i tradycji. Tłumaczenie, że przepisy na to nie pozwalają do nas hodowców nie dociera. Przepisy stanowią ludzie i one powinny być dla nas, a nie my dla przepisów. Nigdy nie zrozumiemy dlaczego w Niemczech czy Francji do stada ogierów pompowane są publiczne pieniądze, a w Polsce oczekuje się aby stada dawały zyski, które państwo będzie mogło skonsumować w innych dziedzinach. W krótkim okresie czasu zysków one nigdy nie dadzą. Są to instytucje służebne wobec hodowli i zyski można liczyć w całej hodowli, ale nie za rok czy dwa lata, ale w przeciągu dziesięcioleci.
Apeluję do wszystkich, którzy mają jakikolwiek wpływ na hodowlę koni w Polsce - zmieńmy ten stan rzeczy. Nową rzeczywistość można tworzyć poprzez mądre zmiany i niekoniecznie burząc wszystko do końca. Nie pozwólmy na to aby sława polskiej hodowli koni pozostała tylko na kartach historii, a to czy tak będzie i czy po raz kolejny przysłowie „Mądry Polak po szkodzie" okaże się prawdziwe zależy nie tylko od nas hodowców, ale też a może przede wszystkim od tych, którzy stanowią prawo i tych którzy w ramach tego prawa decydują o wydatkowaniu publicznych pieniędzy.

[powrót]